Przedszkola prowadzone metodą Montessori wyróżniają się na tle tradycyjnej edukacji dwiema podstawowymi cechami. Pierwsza dotyczy tego, jak dopasowany jest program do dziecka. Druga — skąd bierze się motywacja do nauki.
Program dostępny, a nie narzucony
W przedszkolu Montessori cały program — czyli wszystko, czego dzieci mają się nauczyć — jest im codziennie dostępny w postaci materiałów leżących na półkach. Jeśli dziecko jest gotowe zainteresować się czytaniem, liczeniem czy rysowaniem, może po prostu po to sięgnąć. Nie usłyszy, że jest za wcześnie albo że jest jeszcze za małe. Pomoce montessoriańskie obejmują wszystkie etapy nauki od 2. do nawet 18. roku życia, prowadząc stopniowo od myślenia konkretnego do abstrakcyjnego.
Motywacja, która przychodzi z wnętrza
Człowiek uczy się najlepiej, gdy sam tego chce. Ta motywacja rodzi się z naturalnej ciekawości — mózg najchętniej przyswaja te informacje z otoczenia, które da się dopasować do tego, co już wiemy, podobnie jak przy próbie zrozumienia nieznanego słowa w obcym języku. U dzieci działa to identycznie: ich rozwój to ciągłe dopasowywanie nowych bodźców do już posiadanej wiedzy. Kiedy pozwolimy im wybierać to, co je naprawdę interesuje, same sięgną po zadania odpowiednie do swojego aktualnego poziomu.
Z tego wynika kolejna ważna zasada: tempo pracy dopasowane jest do dziecka, nie odwrotnie. Jeśli ktoś potrzebuje więcej czasu, żeby zrozumieć nowy materiał, po prostu go dostaje — nauczyciel czeka na moment gotowości, zamiast pędzić dalej zgodnie z odgórnym harmonogramem.
Rola nauczyciela: przygotować i obserwować
Różnica względem pedagogiki tradycyjnej polega więc na tym, że dajemy dziecku czas i organizujemy mu otoczenie tak, by mogło samo znaleźć zajęcie odpowiadające jego aktualnym potrzebom rozwojowym. To także aranżowanie sytuacji, w których dziecko może obserwować dorosłego lub inne dzieci i naśladować to, co widzi. Dzieci uczą się więc nie tylko przez naśladownictwo, ale i dzięki mądremu wsparciu dorosłego — czasem jest to przyjazne spojrzenie na niepowodzenie, a czasem po prostu zwolnienie kroku i danie dziecku czasu, jakiego potrzebuje.